11 Kwietnia
Dużo ostatnio pracuję. Albo siedzę cały dzień w pracy (od 7 rano 9 wieczorem), a weekendy spędzam albo na kursie internetowym (właśnie skończyłem nauczanie filmu, od przyszłego tygodnia mam kurs CAS). Niewiele mam czasu na oddech, więc nic dziwnego, że na blogu cisza.
Nie dzieje się tu ostatnio zbyt wiele. Może nawet się dzieje, ale nic na ten temat nie wiem. Jednak wydarzeniem niewątpliwie były dwa koncerty Boba Dylana w Chinach. Na jednym z nich udało mi się nawet być.
Koncert w Szanghaju był drugim w Chinach. Wokół obecności Dylana w Państwie Środka było sporo kontrowersji już rok temu, kiedy artysta odwołał koncerty po trudnych negocjacjach z Ministerstwem Kultury. Tym razem się jakoś dogadali, dzięki czemu 70-letni Bob Dylan po raz pierwszy wystąpił przed chińską pubicznością.
Udając się na koncert wiedziałem, że nie usłyszę wielu utworów, które można zainterpretować jako kontrowersyjne ( The Times They Are A-Changin’, Blowin’ In the Wind). Nie miałem z tym wielkich problemów, bo nie są to moje ulubione kawałki Dylana. Oczekiwałem, że zagra sporo piosenek z ostatnich kilku płyt, gdyż nie są one zaangażowane, łatwiej będzie mu je zaśpiewać (w oryginalnych śpiewa mocno zachrypniętym głosem). Ponadto po prostu lubię te płyty.
Zaczął od Gonna Change My Way of Thinking. O cholera! Jak mogła mu cenzura puścić taki kawałek jako pierwszy?
Gonna Change My Way of Thinking
Make myself a different set of rules
Gonna put my good foot forward
Brzmi jak puszczanie oka do widowni – muszę się tu mieć na baczności. Nie mogę chlapnąć czegoś nieprawidłowego.
Był to jednak jedyny ironiczny akcent. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo trudno było zrozumieć słowa, które Dylan ‘śpiewał’. Facet ma 70 lat, przez co najmniej kilkanaście z nich był na mocnych używkach, więc nic dziwnego, że nie ma już krystalicznego głosu.
Zagrał wielkie hity (Highway 61, Tangled Up In Blue, Simple Twist of Fate, no i na bis Like a Rolling Stone), jak i mniej znane utwory. Zespół brzmiał bardzo dobrze – w ogóle nie jak folkowo-bluesowy band, tylko z elektrycznym kopem. Publiczności (głównie białej, choć byli również młodzi Chińczycy) bardzo się podobało i choć Dylan zakończył występ życzeniami w Forever Young, wszyscy zgromadzeni chcieli więcej.
Ogólnie było klawo, nawet mimo tego, że zapłaciłem za biet tysiąc juanów.
Wow!
Fajnie, muszę przyznać. Zawszeć to legenda. I jedna z ostatnich okazji by zobaczyć na żywo. Ostatnie płyty Boba są ciekawe, szczególnie “Modern Times” i “Together Through Life”.
Bilety drogie – przeliczyłem i wyszło mi prawie 420 złotych. Ale w Polsce grałby pewnie w Kongresowej i bilety byłyby w podobnej cenie. Jak przy okazji koncertów King Crimson i Gregga Allmana. W sierpniu na Torwarze jest Robert Plant – najtańsze bilety po 220 złotych, sensowne bilety (chodzi mi o widoczność) po 550 złotych.
A dziś w Łodzi Slayer i Megadeth, ale z różnych przyczyn nie mogę być obecny…
BTW muszę się pochwalić. Ostatnio zostałem współproducentem (chodzi o wsparcie finansowe, logistyczne i tym podobne) debiutanckiej plyty lubelskiego zespołu Solarbabes
O kurcze, zazdroszczę
. Chociaż osobiście wolałabym zobaczyć na scenie tego chłopaczka z lat 60.. ‘Współczesny Dylan’, z tą swoją paranoją na punkcie własności intelektualnej, chyba nieco podkopuje własną legendę. No cóż, ową własność oczywiście szanuję, ale jakiś niesmak pozostaje – czy tym razem również zabroniono fanom robić zdjęcia, etc.? Czy już mu przeszło?
Pozdrawiam
Niezłe są te ostatnie płyty Dylana. Zresztą w ogóle ostatnio “starsi panowie” ponagrywali ciekawe, bardzo klasycznie brzmiące płyty. Ostatni Neil Young (Le Noise) , Plant (Band of Joy) , pośmiertny Johnny Cash, (VI) czy nawet cholerka Tom Jones ze swoim Praise & Blame dał radę
Teraz pytanie kiedy jakiś nowy materiał od Rolling Stones?:)
A zmieniając szybko szufladkę wczorajszy koncert Slayera doskonały!